piątek, 14 kwietnia 2017

Rozdział II - Prawdziwa rodzina

    

    Następnego dnia, po południu, kiedy razem jedli obiad, do pokoju wleciała sowa o dość ciemnym, jak na jej rasę, ubarwieniu piór. Wylądowała przed tatą i wyciągnęła nóżkę.
    - Czy to nie jest przypadkiem... - zaczęła mama niepewnie, przyglądając się ich nieoczekiwanemu gościowi. 
    - Sowa Juliana - potwierdził niechętnie.
    Julian był bratem taty, ale Sophie nigdy go nie widziała. Mieszkał gdzieś na południu Anglii wraz ze swoją francuską żoną i dwójką dzieci, które musiały być w wieku zbliżonym do Sophie, ale z powodu jakiegoś starego, tajemniczego konfliktu, nigdy się nie spotkali, dlatego święta spędzali zazwyczaj u rodziny mamy.
    Koperta była zapieczętowana woskowym herbem przedstawiającym orła trzymającego w dziobie dwie różdżki. Sophie znała ten herb, ale nie była pewna skąd.
    Jej tata przełamał pieczęć i wyjął z koperty kartkę zapisaną czarnym, ładnym pismem. Nie wyglądał na zaniepokojonego czy zmartwionego, więc Sophie spokojnie powróciła do jedzenia posiłku, co jakiś czas tylko zerkając na tatę
    - Bruce? - zapytała mama, kiedy tata odłożył list. Miał nieprzenikniony wyraz twarzy, co było dość niezwykłe. W domu z taty zawsze można było czytać jak z otwartej księgi. Dopiero na sali sądowej zakładał właśnie taką kamienną maskę.
    - Matka przegrała wczoraj ze smoczą ospą - powiedział, jakby nie zrobiło to na nim większego wrażenia. - Pogrzeb ma być w tę niedzielę. 
    - Po co ci o tym napisał? - zapytała mama zirytowana, a Sophie już nic z tego nie rozumiała. - Dobrze wie, że nie masz zamiaru przychodzić. Nie wypada mówić źle o zmarłych, ale ta obrzydliwa kobieta wyraźnie zaznaczyła, jaki stosunek ma do naszej rodziny. Jeżeli Julian myśli, że po dwudziestu latach, kiedy wysyłał nam tylko konieczne kartki na święta i starał się zapomnieć, że ma brata, wszystko wróci do stanu sprzed naszego ślubu?
    - Kochanie...
    - Nie - przerwała mu. - Rozumiem, że to twoja bliska rodzina, ale twoja matka nas nienawidziła tylko dlatego, że rodzina mojej mamy to mugole. 
    - Helen, nie mam zamiaru iść na ten pogrzeb, a tym bardziej odnawiać kontaktów z Julesem - uśmiechnął się do niej ciepło.
    - A od czego to się właściwie zaczęło? - zapytała Sophie, której krukońska dociekliwość nie pozwoliła poczekać ani sekundy dłużej.
    - Wiele lat temu - westchnęła mama.

Londyn
czerwiec 1972


    Pociąg zatrzymał się na ukrytym przed mugolskim wzrokiem peronie dziewięć i trzy czwarte w Londynie. Żaden siódmoklasista nie chciał wychodzić z pociągu, dlatego wszyscy przeciągali pakowanie się i wstawanie jak najdłużej mogli. Świadomość, że może już nigdy nie wrócą do Hogwartu była zbyt przytłaczająca. 
    Bruce spojrzał na swój srebrno-zielony krawat i już czuł tęsknotę. Jego bliźniacza siostra, Tessa, bez problemu wyczuła jego nastrój i ścisnęła go pokrzepiająco za ramię.
    - Jules mówi, że życie bez Hogwartu nie jest takie złe.
    Wiedział, że Theresa nie wierzy w to, co mówi. Ona też nie chciała pożegnać się ze szkołą. Uśmiechnął się jednak do niej i wstał, zarzucając sobie torbę na ramię, ostatni raz spojrzał na przedział i wyszedł na korytarz, gdzie wmieszał się w tłum innych siódmoklasistów, którzy tak jak oni przeciągali powrót.
    - Całkiem dziwnie, czyż nie? - usłyszał charakterystyczny głos swojego kolegi ze Slytherinu.
    Bruce nigdy nie dołączył się do ścisłej grupki przyjaciół Malfoya, ale relacje między nimi zawsze były raczej ciepłe. Obaj byli w Klubie Ślimaka, Lucjusz jako prefekt, a on jako kapitan, który trzy razy poprowadził swoją drużynę do wygrania Pucharu Quidditcha.
    - Jeżeli masz na myśli opuszczanie tego pociągu po raz ostatni, to muszę się z tobą zgodzić. 
    Kiedy wyszli na zatłoczony przez rodziców, dzieci, zwierzęta i kufry peron, Lucjusz kontynuował ich rozmowę wiedząc, że nikt ich nie usłyszy w panującym na stacji.
    - Nadal jesteś przeciwny mojej propozycji, co do bycia kimś, kto przywróci czarodziejom czystej krwi należne im miejsce?
    - Planuję rozpocząć spokojną pracę w Ministerstwie, Lucjuszu. Idea supremacji czystej krwi jest mi bliska, ale dobrze wiesz, że nie ciągnie mnie do walki, jeżeli nie toczy się ona w powietrzu.
    - Z nami też mógłbyś uszkodzić kilku Gryfonów. - Uśmiechnął się ironicznie.
    - Brzmi kusząco, ale spasuję. Do zobaczenia w przyszłości, Lucjuszu.
    - Gdybyś zmienił zdanie, wyślij do mnie sowę.
    Bruce jedynie pokręcił głową i ruszył w kierunku czekającej na niego Theresy. Obok niej stał najbardziej denerwujący człowiek na świecie, przynajmniej według Bruce'a. Ona z jakiegoś powodu uważała go za całkiem uroczego. Evan Diggory stał obok niej i najwyraźniej nie wiedział, co ze sobą zrobić, bo kręcił się, jakby coś mu dolegało. Tessa oczywiście uśmiechała się do niego wesoło i swobodnie prowadziła rozmowę, a raczej monolog. Bruce prychnął. Gdyby Diggory nie był przystojny, jego siostra pewnie nie zwróciłaby na niego uwagi. A tak, pewnie niedługo wezmą ślub, jeśli oczywiście ten skończony idiota będzie potrafił się jej oświadczyć. 
    - O czym rozmawialiście z Malfoyem? - zapytała, kiedy stanął obok niej.
    - O niczym szczególnym. Chciał się po prostu pożegnać - skłamał.
    Byli najlepszymi przyjaciółmi, ale mimo to, wolał nie mówić siostrze o zainteresowaniu nim śmierciożerców. Nie chciał jej denerwować. Wkurzona Tessa to bardzo niebezpieczna Tessa.
    - Jasne - parsknęła. - Prędzej uwierzę, że chciał się z tobą umówić. Ale jak nie chcesz, to nie mów. Ja cię z kłopotów wyciągać nie będę. 
    - Miałaś mu przekazać, że Helen chciała się z nim spotkać - powiedział cicho Evan.
    - Och! No tak, wybacz. Powiedziała, że będzie dzisiaj o szesnastej w Lodziarni Floriana Fortescue.

    Punktualnie o szesnastej pojawił się w umówionym miejscu. Był ciekawy, czego chce od niego ta raczej nieśmiała i nierzucająca się w oczy Krukonka. Poznał ją, bo przyjaźniła się z jego przyjacielem, Gawainem Robardsem, również z Ravenclawu. Chcąc nie chcąc zakolegowali się i po jakimś czasie Bruce nie miał nic przeciwko jej towarzystwu, a nawet chętnie się z nią spotykał.
    Siedziała przy jednym ze stolikiem, pijąc jakiś mrożony napój. Przysiadł się do niej, zamawiając u kelnerki mrożoną kawę.
    - Miałaś do mnie sprawę?
    - Wybacz, że wyciągnęłam cię tak nagle. - Uśmiechnęła się przepraszająco. - Nie mogłam znaleźć cię w pociągu ani na peronie.
    - Nie ma sprawy. Coś się stało, czy po prostu chciałaś się pożegnać?
    - Chyba to i to. Gawain mówił o tej imprezie absolwentów u niego w domu, ale nie wiem czy dam radę przyjść. Planuję wyjechać do Rzymu na Uniwersytet Magii i Medycyny, więc wolałam pożegnać się już wcześniej...
    - Wyjeżdżasz już teraz? - zdziwił się.
    - Tak planowałam. Już mnie przyjęli, a chciałabym poznać trochę miasto, jego magiczną część oraz
tę mugolską.
    - Na ile zostaniesz we Włoszech?
    Poczuł jakiś dziwny smutek na wieść o jej wyjeździe. Nigdy się nie przyjaźnił z nią tak jak z Gawainem czy Andromedą, ale zawsze była gdzieś obok. Bez niej byłoby... pusto.
    - Wiesz, jeśli jeszcze zostaniesz wystarczająco długo w Anglii, to możemy iść do Gavaina... no wiesz, razem.
    Zarumieniła się nieco.
    - W sensie, że na randkę?
    - No... coś w tym stylu.
   Jej promienny uśmiech był wystarczającą odpowiedzią.


Posiadłość Robardsów
Lipiec 1972


    Do willi Robardsów przyszło większość tegorocznych absolwentów. Właściwie brakowało tylko tych, których Bruce mógł bez problemu przypisać jako przyszłych towarzyszy Czarnego Pana. Na szczęście, nie było ich na roku zbyt wielu, więc Bruce nie musiał się martwić, że będzie jedynym Ślizgonem w towarzystwie. Oprócz niego przyszła Tessa z nie odstępującym jej nawet na krok Diggorym. Z jednej strony, dobrze było mieć przyszłego szwagra tak bardzo zakochanego w Theresie, ale z drugiej strony sama świadomość tego, że jakiś facet mógł bezkarnie dotykać jego bliźniaczkę był niewybaczalny. 
    Pojawili się też jego dwaj koledzy z dormitorium, Robert Fawley i William Malborne, którzy od razu, kiedy go zobaczyli, pomachali do niego, by podszedł. 
    Chwycił Helen delikatnie za rękę i podszedł do kolegów, którzy od razu skomentowali pozytywnie jego partnerkę. Tych dwoje było chyba najmniej uprzedzonymi ludźmi w całym Slytherinie. Malfoy był pałał niechęcią do wszystkich, którzy nie mogli pochwalić się magicznym rodowodem kilka pokoleń wstecz. Bruce wyniósł z domu awersję do mugolaków i chociaż Helen w ciągu ostatnich kilku tygodni starała się ją zwalczać z kilka razy większym zapałem niż w szkole, nadal pozostawała w nim doza niechęci. Za to Fawley i Malborne, chociaż pochodzili ze ścisłej arystokracji, mieli w głębokim poważaniu to, jakiej kto jest krwi. Dlatego też nie widzieli nic złego w tym, że spotykał się z pół krwi czarownicą.
    Wystarczył niecały miesiąc między końcem szkoły, a imprezą, by Bruce zrozumiał, że jest na zabój zakochany w dziewczynie, którą zawsze uważał za zwykłą koleżankę. Zauważył, że oprócz oczywistej inteligencji, jest też skromna i piękna. Szybko zostali parą.

Biały Dwór
Marzec 1975


    - Pół krwi? - krzyki jego matki nie ustawały już od kilkunastu minut. Teraz, kiedy w końcu skończyła obrażać urodzoną w mugolskiej rodzinie matkę jego ukochanej, powróciła do samej Helen i jej statusu krwi. Fakt, że jej ojciec pochodził ze starego, niemieckiego rodu nic dla kobiety nie znaczył. Bruce powoli zaczynał się obawiać, że jego matka po prostu stara się połączyć przyjemne z pożytecznym i pobić rekord Walburgi Black w krzyku. 
    Starał się oczywiście spokojnie przeczekać tę burzę, chociaż bardzo go kusiło, żeby powiedzieć jej kilka cierpkich słów. Myślał, że skoro matka przez trzy lata tolerowała jego związek z Helen, to oświadczyny przyjmie ze spokojem. Cóż, najwyraźniej jej nie znał.
    - Na wyciągnięcie ręki masz dziewczynę Fawleyów, Shafiqów, nawet Yaxleyów. Przymknęłam oko na waszą znajomość, ale nawet nie myśl, że wyrażę zgodę na to byś wziął ślub z tą dziewczyną!
    - Nie potrzebuję twojej zgody - odparł ostro. - Ojciec nie ma nic przeciwko.
    - Twój ojciec nigdy nie ma nic przeciwko, a ja jestem twoją matką.
    - I co z tego? Myślisz, że skoro jesteś z Blacków, to masz nad wszystkimi władzę? Nie zgadzasz się? Nie obchodzi mnie to, nie potrzebuję twojego durnego błogosławieństwa! 
    - W takim razie możesz się nie pokazywać w tym domu!
    - Bardzo chętnie! - krzyknął w końcu.
    Wyszedł z salonu trzaskając drzwiami. Dygotka, ich stara skrzatka domowa od razu pojawiła się obok niego. Łzy spływały jej ciurkiem po policzkach i ledwo udawało się jej wypowiadać słowa przez salwy szlochu, które nią wstrząały.
    - Panicz nie może - zaszlochała żałośnie, czepiając się jego nogawki. - Panicz jest tutaj potrzebny! Panienka Tessa będzie bardzo smutna, jeśli panicz odejdzie. Pan będzie zawiedziony, błagam - rozpłakała się jeszcze mocniej. - Panicz na pewno jeszcze może przeprosić panią...
    - Spakuj moje rzeczy, Dygotko - rozkazał. - Przenieś je do mieszkania Helen.
   Zachowanie stworzenia wprowadziło go w delikatne poczucie winy, ale nie zamierzał zostawić Helen tylko dlatego, że jego matka miała idiotyczne pragnienie wyższości. Nie wierzył, że jeszcze kilka lat temu ślepo wierzył w jej głupie ideały supremacji czystej krwi na tyle, by interesowali się nim smierciożercy.
    - Panie, błagam... - zaszlochała jeszcze raz skrzatka.
    - Dopóki matka mnie nie wydziedziczy masz wypełniać moje rozkazy - powiedział chłodno.
    Dygotka zachlipała żałośnie, ale posłusznie deportowała się z cichutkim pyknięciem. 
    Wyszedł z dworu, nie oglądając się nawet za siebie. Wiedział, że zapewne w swoim pokoju siedzi Tessa i wierzy, że kłótnia zakończyła się szczęśliwie. Popierała jego związek z Helen, nie chciał jej ranić, ale musiał. 
    Kiedy wyszedł poza zasięg zaklęć obronnych, deportował się w bezpieczne miejsce,z którego w mniej niż minutę dostał się do mieszkania Helen. Wystarczyło jej jedne spojrzenie, by wiedziała jaki był finał jego rozmowy z matką.




Londyn, 15 czerwca 1975

    Drogi braciszku,
    Na pewno pojawię się na Twoim ślubie razem z Evanem, oczywiście. Lipiec to idealny miesiąc. Julian niestety nie przyjdzie. Nie potrafi sprzeciwić się mamie. Ja na szczęście mam już nowe nazwisko, więc nie może mnie tak bardzo kontrolować. Ojciec się nie pojawi, podobno ostatnio gorzej się czuje, mam nadzieję, że jakoś to przetrwa. 
    Julianowi niedawno urodził się syn. Większość odziedziczył po Delacourach, ale oczy ma nasze. Słyszałam, że ze sobą nie piszecie, ale mam nadzieję, że nie ode mnie dowiedziałeś się o tym jako pierwszy.
    Pozdrów ode mnie Helen, pewnie straszliwie stresuje się przed całym tym zamieszaniem, ale z doświadczenia wiem, że ślub to piękna uroczystość.

Do zobaczenia,
Tessa


Kinross, 24 czerwca 1984

    Droga Tesso,
    Wiadomość o twoim porodzie była cudowna! Mam nadzieję, że niedługo będziemy mogli Was odwiedzić. Evana już widziałem w ministerstwie, wydawało mi się, że zaraz zacznie podskakiwać z oczekiwania na rozwiązanie. Helen już nie może się doczekać, żeby potrzymać maluszka.
    W ostatnim liście wspominałem, że planujemy adopcję, odwiedziliśmy ostatnio pewien dość ponury sierociniec w Edynburgu i wygląda na to, że trafiliśmy w dziesiątkę. Najmłodsze dziecko niedawno skończyło trzy lata, to dziewczynka, ma na imię Sophie. Wzięliśmy ją kilka razy poza ośrodek, na plac zabaw, lody i do zoo. Helen była bardziej zachwycona, niż mała. Ja też polubiłem tę małą. Jest mugolką, ale to nie ma znaczenia. Chcemy dziecka bardziej niż czegokolwiek. Dzisiaj ostatecznie zdecydujemy, ale ja jestem na tak.

Zdrowia dla ciebie i twojej maleńkiej Lucy,
Bruce 


Biały Dwór, 1 lipca 1984

    Synu,
    Wierzę, że nie zhańbisz rodu jeszcze bardziej i nie nazwiesz tego mugola naszym nazwiskiem.

Caliope O'Connor

Kinross, 2 lipca 1984

    Matko,
    Z największą przyjemnością nadam Sophie nasze nazwisko.

Bruce O'Connor


Biały Dwór, 3 lipca 1984 

    Synu, 
   Wierzę, że niedługo zostaniesz wydziedziczony. Mugolskie dziecko z nazwiskiem starożytnego rodu czarodziejskiego to skandal. 

Caliope O'Connor


Kinross, 4 lipca 1984

    Matko,
  Z największą przykrością informuję Cię, że o wydziedziczeniu z rodu decyduje ojciec. Również pragnę Cię poinformować, że w Szkocji nasze nazwisko jest w dość popularne wśród mugoli, więc skandalu nie będzie. Odpuść, wojna się skończyła, Czarny Pan przegrał. Krew nie znaczy już tak wiele, Helen nie jest w stanie urodzić dziecka, daj jej chociaż je wychować.

Bruce O'Connor


Biały Dwór, 6 lipca 1984

    Synu,
    Nie mam zamiaru cię wydziedziczać. Chciałbym dostać zdjęcie tej dziewczynki. 
   Byłbym wdzięczny, gdybyś przestał jednak tak denerwować matkę, miej szacunek dla kobiety, która cię urodziła. 
    Pozdrów ode mnie Helen i małą Sophie, wierzę, że szybko wejdzie do naszej rodziny. Oczywiście nie mogę umieścić mugolki na naszym drzewie genealogicznym.

William O'Connor


Kinross, 7 lipca 1984

    Ojcze,
    Gdybym nie miał szacunku do matki, moje rozmowy z nią wyglądałyby zgoła inaczej. Zapewniam, że jestem wdzięczny matce za urodzenie mnie i Theresy chociaż wolałbym urodzić się minutę przed nią, a nie po niej. Mamy po trzydzieści lat, a ona wciąż uważa się za o wiele starszą.
    Nie oczekuję imienia mojej córki na naszym drzewie genealogicznym. Cieszę się również, że nie masz zamiaru go niszczyć wypaloną dziurą w miejscu mojego wizerunku.
    Oczywiście załączam zdjęcie Sophie wraz z Helen.

Bruce O'Connor


Biały Dwór, 8 lipca 1984
    Synu, 
    Logicznie rzecz biorąc, Theresa jest od ciebie starsza, więc w jej rozumowaniu nie ma nic nieprawidłowego. 
    Podejrzewam, że matka zabroniła Julianowi i Theresie się z tobą kontaktować. Jestem zawiedziony, że twój brat respektuje to polecenie już od dziewięciu lat.
William O'Connor


Kinross, 9 lipca 1984

    Ojcze,
    Obawiam się, że od dziewięciu lat nie mam już brata. Matki zresztą też nie.

Bruce O'Connor

    Jej pierwsze pytanie nie dotyczyło spraw rodzinnych, chociaż oczywiście uważała, że historia miłości jej rodziców jest na swój sposób piękna. Ale nie to najbardziej ją nurtowało.
    - Czy Lucjusz Malfoy... no wiesz. Naprawdę chciał, żebyś był śmierciożercą? Bo o to mu przecież chodziło, prawda?
    - Soph... to były trochę inne czasy - powiedział powoli tata. - Każdy czystej krwi był werbowany do śmierciożerców. Ja się nie zgodziłem, ale muszę przyznać, że jako siedemnastolatek byłem raczej dupkiem.
    - Nie raczej, tylko na pewno - skomentowała mama. - Gawain tak samo. Gdybym was nie wyprostowała, do tej pory bylibyście kompletnymi bucami.
    - Nawet Andromeda była idealną córką rodziców. Dopiero kiedy Ted zaczął się nią interesować zrozumiała, że słowa "krew" i "najważniejsza" się nie łączą.
    - A Tessa? - zapytała szybko. - Znaczy... ciocia Theresa - poprawiła się. - Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek przychodziło tu jakieś magiczne dziecko. Przynajmniej nie przez ostatnie kilka lat.
    - Piszemy do siebie z Theresą - powiedział tata z uśmiechem, ale w jego głosie słychać było nutkę żalu. - Ale czasami ludzie oddalają się od siebie, Soph. Kiedy będziesz starsza, przekonasz się o tym. Ale teraz się tym nie przejmuj.
    - Gdzie idziesz? - zapytała mama, kiedy wstał od stołu.
    - Napiszę kondolencje rodzeństwu i ojcu skoro pofatygowali się, żeby wysłać mi zaproszenie na pogrzeb. A, i pamiętajcie, że Andie jutro przychodzi. 

____________________________________________________
Wiem, że podpisy są innego koloru niż tekst. Ale przynajmniej wszystkie są czarne, więc mogę udawać, że to specjalnie xD
Wiem, że była długa przerwa, ale wynagradzam to długim rozdziałem ^__^

NMBZW!



niedziela, 26 marca 2017

Rozdział I - Wielka ucieczka



    Włochy o tej porze roku prezentowały się pięknie. Temperatury nieco przytłaczały, ale nawet ten problem znikał podczas wylegiwania się na ciepłym piasku na plaży nad pięknym Morzem Śródziemnym. Sophie O'Connor cieszyła się możliwością odpoczęcia od szarej i deszczowej Anglii., a także miejsca, w którym spędziła rok szkolny i które zdążyła pokochać jak drugi dom. Niewiele dzieci w jej wieku żywiło tak ciepłe uczucia do szkoły, ale to nie była zwyczajna szkoła, w której uczniowie poznają wzory chemiczne czy sposoby rozmnażania bakterii. Uczono tam magii. Najprawdziwszej, jaka istniała. Nie karcianych sztuczek, czy wyciągania królika z kapelusza, ale tworzenia eliksirów, lewitowania przedmiotów, a nawet latania na zwyczajnych miotłach!
W tym roku wakacje na wyspie nie zapowiadały się ciepło, a lipiec przeminął na wpatrywaniu się w zachmurzone niebo za oknem i sporadycznym wychodzeniu na dwór z koleżankami z podstawówki kiedy robiło się nieco cieplej i błoto wysychało. 
    W porze śniadania, Sophie znalazła rodziców w jadalni domku letniskowego, który wynajmowali. Pochyleni nad gazetą zdawali się nie zwracać uwagi na otoczenie.
    Po niewyraźnym z odległości wejścia, ruchomym zdjęciu, Krukonka poznała, że musi to być jedyna informacyjna gazeta magicznej Anglii - Prorok Codzienny. Chciaż skupiał się bardziej na skandalach, sporcie i wpadkach znanych ludzi, wielu czarodziejów i tak go kupowało, raczej z przyzwyczajenia niż konieczności. Wiele razy widziała, jak jej tata z politowaniem przegląda kolejne strony. Ale tym razem było inaczej. 
    - Coś się stało? - zapytała niepewnie podchodząc do rodziców.
    Oni jedynie odsłonili jej artykuł, żeby sama mogła przeczytać.

SYRIUSZ BLACK NA WOLNOŚCI

    Przedstawiciele Ministerstwa Magii podczas porannej konferencji prasowej potwierdzili krążące od dwóch dni plotki. Pierwszy raz w historii istnienia Azkabanu doszło do ucieczki. Twierdza stojąca na wyspie pośrodku Morza Północnego do dziś wydawała się niemożliwa do opuszczenia. 
    Czynu tego dokonał uważany przez wielu za najwierniejszego poplecznika Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, morderca trzynastu niewinnych ludzi w tym czarodzieja - swojego szkolnego towarzysza Petera Pettigrew. Wystarczyło jedno przekleństwo, by dokonać takiego spustoszenia. Ministerstwo zapewnia, że nie dopuści do powtórzenia się tej tragedii. Dwanaście lat temu został za to skazany na dożywocie.
    "Aurorzy są wykwalifikowani i doświadczeni w poszukiwaniu przestępców takiej kategorii jak Black. Ten człowiek może wydawać się nieuchwytny, ale zapewniam, że jesteśmy blisko wytropienia go." - oświadczył podczas konferencji szef Biura Aurorów Rufus Scrimgeour. 
    Minister Magii poinformował, że zamierza poinformować o zaistniałej sytuacji mugolskiego premiera Wielkiej Brytanii, by ten przekazał zdjęcia Blacka do mediów.
    Jeżeli zobaczycie tego czarodzieja, natychmiast powiadomcie o tym Biuro Aurorów.

    Osłupiona Sophie spojrzała się w puste oczy Syriusza Blacka. Czarne, jak jego nazwisko - pomyślała. Wyróżniały się na jego papierowo białej, zapadłej twarzy. Było w nich życie, którego nie powinno być w człowieku, który spędził ponad dekadę w najgorszym miejscu na Ziemi. Gdyby nie one, wyglądałby jak trup, który powstał z martwych.
    - Jak to możliwe? - zapytała. - Trzynaście osób jednym przekleństwem... myślałam, ze nie ma takich klątw.
    - Bo nie ma - odparła mama, przytulając Sophie. - Ale tacy szaleńcy jak on mają wiele pomysłów na spowodowanie jak największych zniszczeń.
    - Źle się dzieje - westchnął tata. - Trzy lata temu afera z Kamieniem Filozoficznym. W zeszłym roku wspomnienie Same-Wiecie-Kogo w Hogwarcie, a teraz groźny śmierciożerca zdołał uciec z Azkabanu... Black zawsze był kreatywny, ale nie myślałem, że nawet dementorów potrafi przechytrzyć.
    - Znałeś go? - zapytała.
   - Niespecjalnie. Byłem na siódmym roku, kiedy przyszedł do szkoły. Podczas przydziału zwróciłem na niego uwagę przez nazwisko. Żaden Black jeszcze nigdy wcześniej nie został przydzielony do Gryffidnoru. Nawet Andie spała w lochach. Zapadł mi w pamięć przez dowcipy, które robił wszystkim z Huncwotami. 
    - Andie? - zdziwiła się Sophie. Rodzice rzadko wspominali swoich szkolnych znajomych, zresztą sama nie była nimi szczególnie zainteresowana.
    - Andromeda Tonks. Wtedy jeszcze Black. Przyjaźniliśmy się w szkole.
    - Jej rodzice do końca wierzyli, że wyjdzie za Bruce'a - roześmiała się mama. - Znasz ją, tylko nie pamiętasz. To samo przecież było z Weasleyami.
    Teraz, kiedy rodzice bardziej rozwinęli swoją wypowiedź przypomniała sobie młodą, piękną kobietę z mężem i starszą od Sophie córką, która bez przerwy zmieniała swój wygląd, żeby rozśmieszyć Sophie.
    - Ciocia Andromeda, wujek Ted i Dora? Teraz pamiętam! Dlaczego jej rodzice chcieli żebyście byli razem? - zapytała, nie do końca dowierzając, że jakiś rodzic mógł narzucać dziecku związek.
    - Taka rodzina - odparł lakonicznie. - Zresztą, moja matka do tej pory jest na mnie śmiertelnie obrażona za odrzucenie wymagań arystokracji, czy jak ona to tam określiła. O, sowia poczta!
    Przez otwarte okno, które we włoskim upale nie dawało wiele wytchnienia, wleciały dwie sowy. W jednej z nich Sophie rozpoznała Pandorę należącą do Amelii. Druga zaś niosła charakterystyczną kopertą z czerwoną pieczęcią przedstawiającą lwa, orła, borsuka i węża. Ares, pies którego rodzice kupili na święta, zaczął warczeć na niespodziewanych, pierzastych gości. Całkowicie odwróciło to uwagę Sophie od tematu rozmowy.
    - List z Hogwartu! - wykrzyknęła i podbiegła do sowy, która grzecznie czekała z wyciągniętą nóżką. - W tym roku mamy o wiele mniej podręczników - poinformowała po przeczytaniu listy książek. - Właściwie to jedynie Standardowa Księga Zaklęć, stopień drugi Podstawowe Zaklęcia Obronne.
    Zostawiła rodzicom list, żeby mogli sami go przeczytać i przeszła do swojej sypialni, gdzie mogła w spokoju przeczytać wiadomość od Amelii. Listy pisały do siebie raz w tygodniu, zazwyczaj w weekend, więc dzisiaj Sophie nie spodziewała się poczty od przyjaciółki.

    Droga Sophie!
    Wczoraj w nocy wróciłam z Czech. Jak już pisałam we wcześniejszych listach, to wspaniałe miejsce. W Pradze magiczna dzielnica jest bardziej rozbudowana niż w Anglii. Kilka dni przed wyjazdem poznałam grupę uczniów z Tatrzańskiego Instytutu Magii. Rozmawialiśmy o eliminacjach do Mistrzostw Świata w Quidditchu. Wyobraź sobie, że powiedzieli, że Anglia odpadnie przed finałami! Niedoczekanie ich. Jestem pewna, że zagramy w finale z Bułgarią albo inną drużyną ze szczytu.
    Ostatnio śnił mi się dziwny, czarny pies. Nie mogłam zasnąć przez całą noc. Martin niestety usłyszał, jak rozmawiałam o tym z mamą i zarzeka się, że to musiał być Ponurak. Jak myślisz?Słyszałam, że ludzie po zobaczeniu Ponuraka umierają... to gorszy omen niż testrale! Tłumaczę to sobie tym, że miał cieplejsze spojrzenie niż powinien mieć omen śmierci. Jak teraz o tym myślę, to wydawał się być bardzo mądrym psem. Myślisz, że Ponurak może być inteligentny albo miły? Mam nadzieję, że nie. Chciałabym, żeby to był zwyczajny sen o dziwnym, czarnym psie.
    Niestety nie dam rady być na Pokątnej wtedy, co ty. Mama chce wszystko załatwić od razu, kiedy dostaniemy listy ze szkoły.

Do zobaczenia w pociągu!
Amelia
PS. Uważaj na białe kruki.


    - Białe kruki? - zdziwiła się na głos.
    Tę nazwę kojarzyła jedynie z frazeologizmem oznaczającym wyjątek, ale jak mogłaby uważać na coś rzadkiego? Co to mogło w ogóle oznaczać? Pamiętała ze szkoły, że takie zwierzęta właściwie nie istnieją, bo są wykluczane przez normalne, czarne ptaki. Rasizm nie był zastrzeżony tylko dla ludzi, niestety.
    Chwyciła za pióro i kartkę pergaminu i szybko zaczęła pisać odpowiedź.

    Amy!
    Naprawdę, czasami mogłabyś się wyrażać jaśniej. Jakie białe kruki? Czy to jakaś przenośnia? Widziałaś coś, co cię zaniepokoiło, czy może miałaś zły sen? Naprawdę się teraz zaniepokoiłam tą wiadomością. Czy te kruki są związane z tym, jak odkryłaś prawdę o dzienniku? Może powinnaś porozmawiać z profesorem Dumbledore'em, kiedy wrócimy do szkoły?
    Co do Mistrzostw Świata, nie mogę się doczekać finału! Trudno uwierzyć, że to dopiero za rok... W połowie lutego byłam na meczu eliminacyjnym Anglia - Francja. Chcę być dobrej myśli, ale nasz szukający cudem złapał znicza przed Francuzem... z taką grą może być nam ciężko. Szkoda, że większość meczów o wyjście z grupy będzie w roku szkolnym, chciałabym obejrzeć wszystkie nasze starcia.
    Czytałam kiedyś o Ponurakach, ale nie wiem o nich zbyt wiele. Myślę, że skoro przynoszą śmierć, to nie mogą być dobrymi psami. Może kiedyś gdzieś widziałaś podobnego pieska i po prostu ci się przyśnił? 
    Czekam na szybką odpowiedź.
Do zobaczenia!
Sophie

       Przywiązała kartkę do nóżki Pandory i otworzyła okno, by sowa mogła swobodnie wylecieć, kiedy już odpocznie po podróży.

~*~


Jest krótko, niestety. Jakoś nie potrafię wykrzesać z siebie nic więcej, jeśli chodzi o ten rozdział.

NMBZW!

sobota, 4 marca 2017

22 - Ciche bohaterki



  Błysnęło fioletowe światło. Sophie wpatrywała się w promień zaklęcia, nie mogąc ruszyć żadną częścią ciała. W oddali majaczyła obojętna twarz Toma oraz blada postać Ginny. Siły zaklęcia była tak duża, że Sophie poczuła, jak jej nogi odrywają się od ziemi. Ostatnie, co zdążyła zarejestrować przed uderzeniem głową o posadzkę był ogromny ból całego ciała i czerwień zalewająca jej oczy. Potem była tylko ciemność.

    Sophie obudziła się, ledwo powstrzymując płacz. Rany bolały już o wiele mniej, ale nie pozwalały o sobie w żaden sposób zapomnieć, dając znać przy każdym, nawet najmniejszym, ruchu. Białe bandaże w wielu miejscach przesiąknięte były ciemną krwią, która przyprawiała dziewczynkę o mdłości. Zamknęła oczy, żeby skupić się na czymkolwiek innym, niż bólu i krwi.
    Chciała już dać znak, że się obudziła, ale najwyraźniej pani Pomfrey miała swoje sposoby na dowiadywanie się o takich rzeczach, gdyż prawie od razu wyszła zza parawanu z tacą pełną butelek.
    Sophie bez słowa wypiła wszystkie lekarstwa, chociaż po ostatnim miała wrażenie, że jej żołądek właśnie robi sobie trampolinę z wątroby i ćwiczy najtrudniejsze akrobacje gimnastyczne. Czarodzieje nie potrafili robić smacznych eliksirów. Leki mugoli, chociaż mniej skuteczne, były przynajmniej smaczne i chętnie się je przyjmowało w przeciwieństwie do tych magicznych.
    - Tutaj masz śniadanie - pielęgniarka wskazała na miseczkę wypełnioną po brzegi białą breją z kawałkami malin. - Staraj się nie przemęczać.
    Z owsianką Sophie miała złe wspomnienia. Jej mama potrafiła świetnie gotować, ale do owsianki talentu zdecydowanie nie miała. Próbowała to zmienić przez dwa lata, a na degustatora wybrała sobie jedynie dziecko... Do dzisiaj dziewczynka miała żal do taty za to, że zawsze jakoś się wykręcał od wspólnych śniadań. W Hogwarcie nie dała rady się tej niechęci oduczyć, ale wolała nie marudzić, więc posłusznie zjadła posiłek.
    Ostrożnie wróciła do pozycji leżącej, krzywiąc się z bólu.

    Chłopcy wbiegli zdyszani do Skrzydła Szpitalnego, przykuwając tym samym uwagę wszystkich obecnych na sali. Matt uśmiechnął się szeroko do Sophie, a Al, widząc spojrzenia innych, przystopował i przybrał typową dla siebie minę znudzonego arystokraty, co nie uszło uwadze Matthiasa.
    - Al, serio, zluzuj chociaż na chwilę. Tutaj nie musisz bawić się w arystokratę, jesteś wśród normalnych ludzi, którzy w emocjach widzą człowieczeństwo, a nie niegodne zachowanie. Bądź sobą, szczególnie, kiedy przychodzisz odwiedzić swoją przyjaciółkę razem z kumplem - zganił go.
    - Matt! - warknął Al. Sophie podejrzewała, że Amy zareagowałaby tak samo, chociaż wie, jak głupio wygląda to w oczach wszystkich innych.
    - No co? Gdybyś był w Slytherinie, to bycie arystokratycznym dupkiem nie byłoby niczym dziwnym, ale jesteś Gryfonem. To zobowiązuje - powiedział z dumą.
    Al przewrócił oczami, ale nie wyglądał na zdenerwowanego..
    Dziewczynka roześmiała się, słysząc słowa, ale nic nie powiedziała, Matt Jenkins nie byłby synem swojej matki, gdyby nie miał jej daru przekonywania.
    Podeszli do Sophie i po kolei ją uściskali, życząc powrotu do zdrowia i mówiąc, jak bardzo się za nią stęsknili uważając, żeby przypadkiem nie zrobić jej krzywdy z byt dużym entuzjazmem.
    - Wiesz, są tu nawet twoi rodzice i mama Amelii, ale widzieliśmy ich, jak szli do Flitwicka, więc pewnie trochę potrwa zanim przyjdą. Dobrze się czujesz? Znaczy, pewnie nie, dostałaś podobno jakąś straszną klątwą i w ogóle...
    - Wszystko w porządku - przerwała słowotok Matthiasa. - I jak to, są tutaj moi rodzice? - zapytała, kiedy nagle dotarł do niej pełny sens wywodu przyjaciela.
    Miała absurdalną nadzieję, że jej rodzice nie dowiedzą się o tym nieprzemyślanym starciu z Tomem Riddle'em, podczas którego złamała chyba połowę szkolnych reguł, łącznie z tą mówiącą o unikaniu starć z psychopatycznymi czarnoksiężnikami czyhającymi na życie i zdrowie starszego o rok kolegi. Jeżeli taka istniała. Chociaż po zeszłorocznych wyczynach Harry'ego Pottera powinni taką dopisać, bo z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać mierzył się nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz.
    - Amelia obudziła się wcześniej? - zapytała w końcu. Co miało się stać i tak się stanie.
    -  Niestety nie, ale pewnie niedługo się przebudzi. Pani Pomfrey i tak mówiła, że obudzicie się dwa dni później niż rzeczywiście - Al uśmiechnął się do niej współczująco.
    Ciągle trzymał ją za rękę, co było nieco krępujące.
    - Ale, jak to w ogóle możliwe? Ta cała klątwa. Mówią, że to Ginny ją rzuciła ale przecież to czarna magia, a ona jest w pierwszej klasie i w życiu by nie znała takiej klątwy, co nie? Czy czarodzieje uczą swoje dzieci takich zaklęć przed Hogwartem? - wyrzucił z siebie Matt.
    Sophie skrzywiła się na wspomnienie o tamtym wydarzeniu. Zasklepione rany nadal ją bolały. Najwyraźniej czarna magia nie była tak łatwa do wyleczenia jak złamania kości.
    - Skąd w ogóle taki pomysł? - żachnął się Al. - A czy w mugolskich rodzinach uczy się technik średniowiecznych tortur? Tak samo durne pytanie.
    - Przestańcie - przerwała im Sophie. - To w ogóle nie do końca było tak. Tom nią kierował - powiedziała to ciszej, zerkając w stronę Weasleyów, którzy na szczęście nie zwracali na nich większej uwagi. - To on rzucił zaklęcie, wyszedł z dziennika, a Ginny... ona nawet nie była sobą. Riddle ją opętał przez ten dziennik.
    - Zaraz, o jakim dzienniku ty mówisz?
    Sophie już chciała opowiedzieć przyjacielowi o całej tej historii z zaczarowanym dziennikiem, Jęczącą Martą i Komnatą Tajemnic, ale przerwał jej spokojny, głęboki głos.
    - Panno O'Connor, właśnie o tym chciałbym porozmawiać.
    Obok nich stał profesor Dumbledore. Chłopcy od razu odsunęli się od przyjaciółki, spoglądając na siebie niepewnie. Nie wiedzieli czy powinni wyjść, czy zostać. Ona sama chętnie by wyszła, a najlepiej znów zasnęła. Obawiała się, że nie została wydalona ze szkoły tylko dlatego, że była nieprzytomna.
    - Może zobaczycie, co u panny Weasley? - zaproponował dyrektor.
    - Um... tak - mruknął Matt.
    Od razu przenieśli się do sąsiedniego łóżka, a dyrektor usiadł na krześle i westchnął cicho.
    - Panna Weasley zeznała, że Tom cię znał, Sophie.
    Poczuła, że się rumieni. Musiała powiedzieć prawdę i chociaż nie była tak nieprzyjemna, jak ta, którą musiała wyznać Ginny i tak się wstydziła. Fakt, że Tom Riddle, który w przyszłości miał stać się Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać robił z nią projekty na zielarstwo i transmutację podczas ferii zimowych był zdecydowanie dziwny.
    - Sophie - ponaglił ją.
    Zagryzła wargę niepewna.
    - Znalazłam dziennik pod ławką w sali od Transmutacji - powiedziała w końcu. - Chciałam go oddać właścicielowi, ale był pusty. Zapomniałam o nim i dopiero, kiedy potrzebowałam przepisać notatkę z książki i okazało się, że nie mam pergaminu, wyjęłam dziennik. Wtedy odkryłam jego tajemnicę. Z Tomem pisałam o Komnacie Tajemnic i o nauce. Potem już tylko wyciągałam od niego wiedzę. Uczył mnie pokazując swoje wspomnienia. Wiem, to głupie, ale nie wiedziałam kim w przyszłości się stanie, zależało mi tylko na wiedzy. Ja mam przyjaciół, którym mogę się zwierzyć ze swoich problemów w przeciwieństwie do Ginny, która miała tylko Colina do czasu, kiedy został spetryfikowany. - Dyrektor słuchał jej uważnie, od czasu do czasów kiwając głową z głęboko zamyślonym wyrazem twarzy. - Ona szukała przyjaciela, ja nie. Traktowałam Toma jak normalnego kolegę. Ja dla niego byłam odskocznią od zakochanej jedenastolatki z problemami. Powiedział mi, że zawsze chciał być nauczycielem, więc mnie uczył. Obrony przed czarną magią, transmutacji... sprawił, że w końcu zrozumiałam zaklęcia. Jak na szesnastolatka okazał się być wyjątkowo cierpliwy, ale skoro od młodości chciał zapanować nad światem, musiał taki być, prawda? - uśmiechnęła się wesoło. - Pewnie pan nie uwierzy, ale rozmawialiśmy o błędach Lorda Voldemorta. Znaczy, Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać - poprawiła się, nieco rumieniąc.
    - Nazywaj go po imieniu, Sophie - przerwał jej Dumbledore. - Musisz pamiętać, że strach przed imieniem zwiększa strach przed samą rzeczą, a nie można pozwolić, by Voldemort wiedział, że się go boimy.
    - Boimy? - zdziwiła się. - Przecież pan się nie boi, to on powinien się pana bać.
    - Chciałbym, żeby tak było. - Uśmiechnął się ciepło. - Mów dalej - zachęcił ją.
    - Oczywiście. Powiedział mi, że wszystko rozegrałby inaczej, że Voldemorta zaślepiła czarna magia i władza. Rozmawiałam z nim dość krótko ale wydawał się być... nie dobrym człowiekiem, ale inteligentnym i rozważnym. Teraz... nie potrafię go znienawidzić - powiedziała w końcu.
    Nie myślała wcześniej o tym, co łączy ją z Tomem, ale teraz uderzyło w nią, że czuje do niego sympatię mimo wszystkiego, co zrobił. Czuła, że to w pewnym sensie nie jest ten sam człowiek, którym jest Voldemort.
    Dumbledore westchnął po raz kolejny.
    - Nie opętał cię, nie starał zmienić nastawienia. Trudno mi to mówić, to tylko moja teoria, ale zdaje mi się, że jesteś jedną z niewielu osób, które pozytywnie zainteresowały Toma. Nie mogę tu mówić o sympatii, on tego nie czuje. Nie jest w stanie żywić do kogokolwiek pozytywnych uczuć, ale nie miał względem ciebie złych zamiarów, a to już jest coś niezwykłego
    - Panie dyrektorze, rzucił na mnie zaklęcie, które pocięło mi całe ciało. Naprawdę nie sądzę, żebym była czymś więcej niż odskocznią. I nie przeszkadza mi to, mam wspaniałych, żywych przyjaciół. Nie potrafię go znienawidzić, ale to nie znaczy, że go lubię... prawdę mówiąc, chciałabym zapomnieć, że ten dziennik kiedykolwiek trafił w moje ręce.
    - Krukońska ciekawość - roześmiał się cicho. - Wielu już wpędziła w kłopoty. Ale to właśnie ciekawi ludzie mają najjaśniejsze umysły, nie podążają za tłumem. To dar, Sophie. Wielki dar. A, no i myślę, że każdy się ze mną zgodzi, że obie zasługujecie na sto punktów dla domu. - Mrugnął do niej przyjacielsko i wyszedł zostawiając Sophie w całkowitym osłupieniu.

    Kilka chwil po rozmowie z dyrektorem do Skrzydła Szpitalnego weszli rodzice Sophie, którzy kiedy tylko ją zobaczyli przebudzoną, podbiegli do niej i uściskali. Dopiero kiedy jęknęła cicho z bólu odskoczyli od niej. Mama od razu sprawdziła jej tętno, ciśnienie i wiele innych medycznych spraw.
    - Przepraszamy, kochanie - powiedział pan O'Connor. - Powinniśmy powiedzieć ci więcej o Sama - Wiesz - Kim.
    - Spałaś dwa dni, a jeszcze nie jest z tobą dobrze... powinnaś się położyć, a najlepiej pójść spać - powiedziała mama Sophie.
    - Włączył ci się tryb uzdrowicielki, mamo? Tato, wiem o nim dużo. To nie wasza wina tylko moja. Nie powinnam iść za Ginny. Przepraszam...
    Resztę wizyty o dziw spędzili w ciszy, przytuleni i po prostu szczęśliwi, że cała ta historia skończyła się pozytywnie i konieczny jest tylko pobyt w Skrzydle Szpitalnym, a nie w Mungu na oddziale urazów pozaklęciowych
    Kiedy podeszła do nich pani Pomfrey z buteleczką jakiegoś eliksiru, jasne było, że powoli muszą zbierać się do wyjścia.
    - Wypijesz to i obudzisz się dopiero jutro. Rany znikną dopiero za miesiąc, ale na szczęście już nie są poważne, więc jeszcze w tym tygodniu cię wypuszczę.
    - To na pewno dobry pomysł? - zaniepokoił się tata.
    - Zapewniam pana. Lepiej będzie dla córki, jeśli w czerwcu spędzi czas na ostatnich lekcjach i na Błoniach niż w szpitalu.
    Kiedy rodzice wyszli, posłusznie wypiła miksturę, ledwie powstrzymując się od wyplucia jej. Była obrzydliwa, gorzka i kuła w gardło. Ale już po chwili ogarnęła ją senność i Sophie opadła na poduszkę, pogrążając się w śnie.

    Wielka Sala aż radziła czerwienią i złotem. Wszędzie widniały potężne lwy, a z zaczarowanego sufitu zwieszały się flagi Gryffindoru. Profesor McGonagall z dumą trzymała kryształowy puchar. W tym roku Gryfoni wygrali miażdżącą przewagą. Ravenclaw, na drugiej lokacie, miał aż dwieście punktów mniej. Mimo to, Sophie nie potrafiła nie cieszyć się szczęściem Matta i Alfreda, którzy skakali z radości, kiedy profesor Dumbledore ogłaszał wyniki klasyfikacji.
    - Nie mogę uwierzyć, że to już koniec - powiedział Matthias, kiedy wychodzili z Wielkiej Sali. - Mam wrażenie, jakbym dopiero co rozmawiał z dyrektorem o Hogwarcie i magii!
    - Szybko zleciało - potwierdził Al. - Ale wakacje miną jeszcze szybciej. Adam, mój brat, zawsze pod koniec sierpnia narzeka, że dopiero co wrócił z King's Cross, a już musi tam znowu jechać.

    Cała podróż minęła, jak z bicza strzelił. Ledwo dotarli na stację w Hogsmeade, już dojeżdżali do Londynu. Tęskniła za domem, za rodzicami, ale ledwie wysiadła z pociągu zdała sobie sprawę z tego, że już brakuje jej chłodnych korytarzy, rozległych błoni i łóżka z granatowymi kotarami w dormitorium Ravenclawu.
  - Będziesz do mnie pisać, prawda? - zapytała Amelia, kiedy rozglądały się w poszukiwaniu rodziców w tłumie dorosłych czarodziejów.
    - No pewnie - zapewniła ją. - O, patrz! Moi rodzice!
    Razem podeszły do państwa O'Connor, którzy od razu wzięli córkę w ramiona, całkiem pozbawiając tchu. Przynajmniej rany po zaklęciu już przestały boleć i mogła odwzajemnić uścisk.
    - Gdzie twoja mama, Amy?
    - Pewnie zaraz przyjdzie, Martin już ją raczej znalazł.
    Rzeczywiście, kilka minut później podeszła do nich rudowłosa, bardzo podobna do Amelii kobieta wraz z synem. Martin również był kopią matki, jedynie włosy miał o kilka tonów ciemniejsze, bardziej brązowe niż rude.
    - Bruce O'Connor - przedstawił się tata.
    - Siobhan Avery.
    Sophie nigdy nie widziała, żeby tata całował kogokolwiek w dłoń, ale najwyraźniej nadszedł na to czas. Mama nie wyglądała na zakłopotaną, więc najwyraźniej było to zupełnie normalne. Sophie zastanawiał się tylko skąd u taty takie maniery. Nie był przecież... czystej krwi? Nie była właściwie pewna. Nie znała dziadków z jego strony ani żadnej innej rodziny.
    - To co, Soph? Wracamy?
    Wróciła myślami do rzeczywistości i od razu poczuła mdłości na myśl o tym, że zaraz pewnie się teleportują.
    - Kupiłem samochód. - Widząc pytające spojrzenie pani Avery, kontynuował. - To taki mugolski środek komunikacji, przed dworcem mnóstwo ich jeździ. Sophie strasznie znosi teleportację.
    - Długo zajmuje taka podróż?
    - Zostawiliśmy samochód w Edynburgu i teleportowaliśmy się stamtąd  tutaj. Wrócimy samolotem - powiedziała mama. - Nietolerancja teleportacji łącznej to dość częste zjawisko wśród dzieci, trzeba to po prostu przejść. Do zobaczenia pierwszego września pani Avery, Amelio.
   Kiedy przechodzili przez barierkę, która oddzielała Sophie poczuła, jakby zostawiała bardzo ważną część swojego życia. Na szczęście, dwa miesiące powinny minąć szybko. Nigdy jeszcze nie wyczekiwała powrotu do szkoły w ostatni jej dzień.

~*~

Od razu się pochwalę, pierwszy raz w życiu doszłam do końca jednego roku w opowiadaniu o HP. Tylko to opublikowałam i przemyślałam od początku do końca, więc sukcesik jest.
Nowy szablon zapowiada kolejną część!
Więc... jak wam się podoba?
Za dwa tygodnie kolejny rozdział.
Dedyk dla Sonii :*

NMBZW!

sobota, 18 lutego 2017

21 - Chłopiec z dziennika


    Mecz finałowy niespodziewanie rozgrywał się między Gryfonami, a Puchonami, którzy w widowiskowym stylu pokonali Slytherin, miażdżąc ich punktową przewagę. W ten sposób Ravenclaw spadł na ostatnie miejsce w klasyfikacji Pucharu Quidditcha. Szczęśliwie, w Pucharze Domów nadal byli na prowadzeniu, pokonując Gryffindor stoma punktami.
    Sophie siedziała na trybunach Gryffindoru razem ze znudzoną Amelią, która jasno dała im do zrozumienia, że ma dość meczów Quidditcha do następnego roku szkolnego oraz z podekscytowanymi Mattem i Alem. Szczególnie cieszył się ten drugi, ponieważ mógł kibicować Gryffindorowi nie narażając się przy tym na zawiedziony wzrok starszego brata.
    Wszyscy zawodnicy byli już na miotłach, czekając na kapitanów, którzy właśnie ściskali sobie ręce. Sophie podejrzewała, że raczej je sobie miażdżą, ale profesor Hooch najwyraźniej uważała to za zdrową rywalizację.
    Gdy na boisko wtargnęła profesor McGonagall, Sophie poczuła, że stało się coś złego. Bardzo złego.
    - Mecz został odwołany! - krzyknęła przez wielki, purpurowy megafon. - Wszyscy uczniowie mają niezwłocznie udać się do pokojów wspólnych, gdzie opiekunowie przekażą im dalsze instrukcje!
  Nie zwracała uwagi na protesty graczy oraz uczniów, wyrażających swoje niezadowolenie gwizdami i krzykami. Amy złapała Sophie za przedramię, wyrażając swoje zaniepokojenie bez użycia niepotrzebnych słów. Doskonale ją rozumiała. Tylko jedna rzecz mogła sprawić, że tak ważne wydarzenie, jak finał rozgrywek został odwołany - kolejny atak.
    Mimo niezadowolenia, wszyscy dość szybko opuścili trybuny i ruszyli w stronę zamku. Wiele osób niepochlebnie komentowało całe zajście, ale wszyscy doskonale wiedzieli, że to poważna sprawa. Już po ostatnim ataku na Justyna i Prawie-Bezgłowego Nicka w "Proroku Codziennym" pojawiły się głosy, że Hogwart może zostać zamknięty. Teraz wydawało się to jedynie kwestią czasu. Sophie dopiero zaczynała przygodę ze szkołą, ale już czuła się tutaj jak w domu, nadal pełnym tajemnic i nieznanych miejsc, ale bliskim jej sercu. Tutaj poznała prawdziwych przyjaciół i zdążyła przeżyć wiele przygód. Nie chciała, by jakiś szaleniec nienawidzący ludzi mugolskiego pochodzenia jej to odebrał.

    W pokoju wspólnym jeszcze nigdy nie było naraz tak wielu uczniów. Na szczęście był on na tyle duży, że bez problemu pomieścił wszystkich Krukonów. Profesor Flitwick, opiekun domu, stanął na jednym z biurek na balkonie, aby wszyscy mogli go dobrze widzieć i słyszeć.
    - Doszło do kolejnego, podwójnego ataku - powiedział, potwierdzając przypuszczenia wszystkich. - Głęboko ubolewam nad tym, że jedną z ofiar jest uczennica naszego domu.
    Sophie, podobnie jak kilku innych uczniów, głośno wciągnęła powietrze. Do tej pory ofiarami byli jedynie Gryfoni i Puchoni.
    - Penelopa Clearwater, perfekt z szóstej klasy została spetryfikowana. Wraz z nią Gryfonka, bystra panna Granger. Dyrektor Dumbledore zarządził, że od dzisiaj nie wolno wam opuszczać domów samowolnie. Na lekcje i posiłki odprowadzali będą was nauczyciele. Zostają odwołane wszystkie treningi i wieczorne zajęcia. Po godzinie szóstej wszyscy nauczyciele i prefekci będą patrolować korytarze - po tej godzinie nie wolno wam przebywać poza wieżą.
    - Panie profesorze? - głos zabrała Cho Chang - ich szukająca. - Czy Hogwart zostanie zamknięty?
    Kilka osób poparło pytanie Cho, inni zaprzeczali twierdząc, że przecież szkoła nie może zostać zamknięta przed egzaminami.
    - Niestety, panno Chang, ale obawiam się, że Rada Nadzorcza może zdecydować się na ten krok. Proszę, jeżeli ktoś was wie cokolwiek o tych napaściach, niech mnie o tym poinformuje. Musimy jak najszybciej złapać sprawcę, inaczej...
    Nie musiał kończyć. Wszyscy załapali straszliwy sens jego wypowiedzi. Dojdzie do kolejnego ataku, może jeszcze gorszego od poprzedniego, aż w końcu ktoś zginie tak, jak to się stało pięćdziesiąt lat temu, gdy potwór zabił dziewczynkę. Co najgorsze - była nią Krukonka.

    Następnego dnia podczas śniadania atmosfera była grobowa. Nastroju nie poprawiła nawet sowia poczta - tego dnia sów było tak wiele, że całkowicie przykryły magiczne sklepienie Wielkiej Sali. Wszyscy rodzice zapewne już dowiedzieli się o ataku z pracy albo gazet. Sophie nie była zaskoczona, kiedy Cliodne dostojnie wylądowała na stole, wystawiając nóżkę z przywiązanym do niej listem. Kiedy Soph go odwiązała, sówka sama poczęstowała się jej bekonem i herbatą.

Sophie!

    Dopiero co dowiedziałam się o tym straszliwym incydencie. Od razu postanowiłam wysłać list. Mam nadzieję, że dojdzie w porze śniadania. Twoja sowa chyba wyczula, że będę chciała się z tobą skontaktować, gdyż przyleciała prosto do szpitala. 
    Tata najchętniej zabrałby cię ze szkoły już po ataku na tego biednego chłopca, Justyna, ale przekonałam go, że jesteś rozsądna i na pewno uważasz, szczególnie, że doskonale wiesz, że jesteś zagrożona. Bądź ostrożna, nigdzie nie wychodź sama, szczególnie, że możesz być mugolaczką. Nie wiem, czy ta bestia to wie, ale lepiej dmuchać na zimne. 
    Nie możesz jednak zapomnieć, że za tydzień zaczyna się czerwiec, a co z tym idzie - egzaminy. Jesteś w pierwszej klasie, ale testy końcoworoczne są ważne i trudne, więc powinnaś skupić na nich swoją uwagę. Oczywiście mam nadzieję, że zaczęłaś uczyć się już wcześniej, bo jak wiadomo, nauka na ostatnią chwilę nigdy nie jest dobrym pomysłem.
    Jeszcze raz, uważaj na siebie, skarbie. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby coś ci się stało. Trzymaj się blisko Amelii i chłopców. Nie oddalaj się od nauczycieli i zachowaj pełną ostrożność. 

Kocham cię,
Mama

    - Pewnie bardzo się o ciebie boi, prawda? - zapytała Amelia, która dawno skończyła czytać swój znacznie krótszy list. 
    - Napisała, że mam być ostrożna chyba pięć razy. Twoja mama też pewnie się martwi.
    - Właściwie to napisała, że nie mam się czego obawiać, bo z relacji swoich rodziców wie, że pięćdziesiąt lat temu dziedzic atakował tylko osoby mugolskiego pochodzenia. O dziwo, kazała mi dbać o ciebie. Najwyraźniej już się przekonała, co do naszej przyjaźni, chociaż długo jej to zajęło.
    - Nie spodobałam się twojej mamie? - zdziwiła się.
    Amelia nie wspomniała wcześniej o tym i najwyraźniej zdała sobie sprawę z popełnionej gafy, gdyż jej twarz przybrała kolor jej włosów.
    - Noo - mruknęła. - Ale jej przeszło. - W wakacje spróbuję ją przekonać do Matta. W końcu kupuje ubrania zaprojektowane przez jego mamę, powinno jakoś pójść.
    - Uczniowie! - Ich rozmowę przerwała profesor McGonagall. Stała na podium, które zazwyczaj zajmował dyrektor podczas swoich przemówień. Nauczycielka wyglądała strasznie. Miała podkrążone oczy, a na jej twarzy malował się niczym niezmącony smutek. - Wczoraj, decyzją Rady Nadzorczej Hogwartu, dyrektor Dumbledore został... zawieszony - dokończyła zdławionym głosem.
    Widelec Sophie z hukiem upadł na talerz. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi w gwarze, który zapanował. Nie dało się ukryć, że wszyscy byli przerażeni. Nawet dotychczas przekonani o swoim bezpieczeńśtwie Ślizgoni spoglądali na siebie niepewnie. Dyrektor był symbolem Hogwartu, napotężńiejszym człowiekiem na świecie! Jeżeli Dziedzic Slytherina kogoś się bał, na pewno był to Dumbledore.

   Trzy dni przed egzaminem, profesor Flitwick na szczęście uległ namowom wychowanków i pozwolił Krukonom iść do biblioteki, na co Sophie odetchnęła z ulgą. Profesor Snape nie zrezygnował z zadania im długiej pracy domowej mimo aktualnej sytuacji w szkole. Termin mijał następnego dnia, a z podręcznika nigdy nie dało się wyciągnąć tyle, by zdobyć dobrą ocenę.
    - Czy to nie jest przypadkiem Ginny? - zapytała Amy, kiedy odkładały książki
    Rzeczywiście, kilka metrów dalej, pustym korytarzem,  szła niska dziewczyna o charakterystycznych, ogniście rudych włosach. Wydawała się ich w ogóle nie zauważać, nie zwróciła też uwagi na wołanie Sophie. Nie powinno jej tam w ogóle być, uczniowie mieli zakaz wałęsania się po szkole.
    - Na Merlina - szepnęła nagle Amelia, odwracając uwagę Sophie od Weasleyówny. - Ona ma dziennik.
    Sophie nadal nie wiedziała skąd przyjaciółka wie o dzienniku Toma Riddle'a, ale teraz nie było czasu na rozwiązywanie tej zagadki. Wszędzie poznałaby niepozorną, czarną książeczkę, dzięki której można było porozumieć się z dziwnym chłopcem uczącym się w Hogwarcie pół wieku temu. Skoro Ginny ją miała, prawdopodobnie ona ją ukradła. Mogła ją też zgubić tamtego dnia, kiedy Soph znalazła ją podczas lekcji transmutacji i to o niej mógł wspominać Tom podczas ich rozmów, określając jako mało interesującą i zbyt wrażliwą osobę.
    - Chodźmy za nią - zarządziła Amelia. - Może w końcu się dowiem, co to za dziennik.
   Chciała protestować, ale Amelia już była przy drzwiach, jak zwykle mając głęboko w poważaniu przepisy. Najwyraźniej wierzyła, że skoro jest arystokratką, dziedzic nawet nie pomyśli, by ją zaatakować. Korzystając z krótkiej nieobecności pani Pince, która uspokajała właśnie kilku siódmoklasistów, Sophie wyszła ostrożnie z biblioteki. Na szczęście patrole o tej porze były znacznie mniejsze niż po osiemnastej.
    - Tan pamiętnik jest zaczarowany - wytłumaczyła, ruszając za przyjaciółką, - Można przez niego pisać z Tomem Riddle'em, takim chłopcem z dawnych czasów. Ale skąd ty o nim wiesz?
    Ukrywanie tej tajemnicy nie miało dłużej sensu, nie teraz, kiedy wszystko stało się niewiarygodnie zagmatwane. Amy była bystra, nie bez powodu została Krukonką. Sophie miała nadzieję, że rozjaśni trochę sprawę, szczególnie, że wydawało się jej, że dziewczyna wie o wiele więcej niż mówi.
    Amelia nie odpowiedziała nic. Przemierzały kolejne piętra w milczeniu, starając się, by Ginny nie zauważyła, że za nią podążają. Gryfonka zatrzymała się na pierwszym piętrze, dokładnie pod napisem nabazgranym na kamiennej ścianie w czasie Nocy Duchów. Sophie chciała podbiec do rudowłosej, ale Amy zatrzymała ją. Ukryły się za zakrętem, obserwując poczynania Ginny.
    - Nie mówiłam o tym nikomu, ale widzę wiele rzeczy - powiedziała szeptem. - Zazwyczaj we śnie widzę obrazy niczym ze sobą niepowiązane, ale od jakiegoś czasu przeplata się przez nie właśnie ten dziennik. Ten, o którym nic mi nie powiedziałaś, chociaż doskonale o nim wiedziałaś - zakończyła z wyrzutem.
    - Nie chciałam o nim mówić, bo... - zacięła się.
    Naprawdę nie powinna mieć sekretów przed Amelią, zawsze jej o wszystkim mówiła. Dlaczego właściwie zachowała sprawę dziennika w tajemnicy, nie wiedziała, Wydawało jej się to wcześniej właściwie, a teraz... teraz zdawało się to być całkowitą głupotą. Pamiętnik mógł być niebezpieczny! Patrząc na to, jak bardzo zmieniła się Ginny przez te miesiące i że powodem tego mógł być wpływ Toma Riddle'a zrozumiała, że gdyby lepiej ukrywała dziennik, mogłaby dzisiaj być taka, jak Gryfonka - wycofana, bez przyjaciół. Nie. Z jednym przyjacielem ukrytym w pożółkłych kartkach.
    W pewnym momencie cudem uniknęły profesor Sprout patrolującej korytarze. Wskoczyły do tajnego przejścia w ostatniej chwili, zanim nauczycielka wyszła zza zakrętu. Odczekały bezpieczną chwilę, mając nadzieję, że nie zgubią Ginny i ruszyły w dalszą drogę. Sophie nie rozumiała, jak Ginny udało się uniknąć kobiety, ale nie zastanawiała się nad tym długo, zajęta rozmową przez Amelię.
    - Bo jest przesiąknięty czarną magią - syknęła dziewczyna. - Nie wiem, jak mogłaś tego nie poczuć, nie spotkałaś się nigdy wcześniej z przedmiotami należącymi do czarnoksiężników? - zapytała, jakby takie doświadczenia były zupełnie normalne.
    - Gdzie niby? Mój tata jest adwokatem, a mama magomedykiem, skąd mielibyśmy mieć w domu cokolwiek związanego z czarną magią?
    Wyszły na korytarz sąsiadujący z tym, na którym znajdowała się łazienka Jęczącej Marty i miejsce pierwszego napadu, do któego najwyraźniej zmierzała Weasley.
    - Wybacz - mruknęła Amy. - Czekaj, co ona trzyma w ręce?
    Sophie skierowała wzrok na Ginny i wystarczyło to, by wszystko połączyło się w jedną, nadal dość tajemniczą, całość. Puszka z czerwoną farbą.
    Poznały się w pociągu. Miała wtedy dziennik, pisała w nim, a Sophie zastanawiała się, dlaczego uśmiecha się do zapisanych kartek, jakby ktoś odpowiadał jej na to, co tam zapisze. Potem po petryfikacji Colina wszyscy zauważyli, że Ginny chodzi dziwnie przygaszona, ale przecież już wcześniej izolowała się od wszystkich, zadając się tylko z Creevey'em. Alfred, opowiadając o jej dziwnym zachowaniu w Pokoju Wspólnym też wspomniał o czarnej książeczce, którą trzymała. Kiedy Sophie znalazła pamiętnik, Ginny zdawała się być normalniejsza, jakby znów wróciła do życia, ale wraz z kradzieżą, wróciła do poprzedniego stanu.
    - Ginny! - Amelia nie wytrzymała i wyszła z ich kryjówki, przyciągając uwagę Gryfonki. - Oszalałaś?
    Dziewczynka spojrzała się na nią nieprzytomnie. Wyglądała okropnie. Sińce pod oczami wyróżniały się na chorobliwie bladej skórze. Ginny była rozczochrana, a mętne spojrzenie tylko utwierdzało Sophie w przekonaniu, że Gryfonka jest chora. Tylko dlaczego jej rodzeństwo niczego nie zauważyło? Rozumiała, że może bliźniacy nie zwracają uwagi na młodszą siostrę, ale Percy Weasley powinien się zaniepokoić jej stanem, był w końcu prefektem.
    - Ginny? - zaczęła niepewnie Sophie. - Powinnaś wrócić do wieży Gryffindoru. Jeżeli nauczyciele nas tutaj przyłapią, to będzie z nami źle, wywalą nas ze szkoły albo, co gorsza, odejmą z tysiąc punktów.
    - Tom powiedział, że nic mi nie zrobią - odparła słabo.
    - Riddle? - zapytała Amelia. - Nie wiem kim jest ten facet, ale ten dziennik aż promieniuje czarną magią! Lepiej zanieśmy to profesor McGonagall!
    - Czego innego mogłem spodziewać się po bystrych Krukonkach - powiedział ktoś z ironią.
    Sophie dreszcz przeszedł po plecach. Słyszenie głosów nawet w magicznym świecie nie było normalne, szczególnie kiedy ten głos należał do chłopca z dziennika.
    Nigdy nie widziała jeszcze Toma Riddle'a, ale wiedziała, że zjawą formującą się za plecami Ginny, był nie kto inny, jak on. Najpierw niewyraźny, przeźroczysty niczym duch czarnowłosy, przystojny chłopak w szacie Slytherinu, nabierał coraz ostrzejszych barw. I chociaż nadal widać było przez niego korytarz, wyglądał bardzo realistycznie. 
    Sophie krzyczała na siebie w myślach, ale niewiele to dawało. Dopiero teraz, stojąc twarzą w twarz z bladą Ginny i półprzeźroczystym, ale coraz bardziej widocznym, czarnowłosym szesnastolatkiem, zdała sobie sprawę, jak głupio się zachowały. Były dopiero w pierwszej klasie, potrafiły otwierać zamki i zapalać światło różdżką, ewentualnie naprawić mało skomplikowany przedmiot, ale ich największym sukcesem w pojedynkach było zaklęcie rozbrajające albo żałosna zniewalająca łaskotka. To, co zrobiły, było tak bezmyślnie gryfońskie! Gdzie się podział ich rozsądek, za który chwalone były wszystkie pokolenia Krukonów?
    - Nie spodziewałem się, że będziesz próbowała przeszkadzać, Sophie - powiedział, leniwie przeciągając samogłoski, czym skojarzył jej się z Alem. Zganiła się za to, Alfred był milion razy lepszy od obrzydliwego Riddle'a. - Dobrze mi się z tobą rozmawiało, ale nie spodziewałem się po tobie gryfońskiej głupoty. Tym bardziej po twojej przyjaciółce, która widzi zdecydowanie zbyt wiele. Avery pewnie żałuje takiej wnuczki.
    - Dziadek jest ze mnie dumny - odparła buntowniczo. - Cieszy się, że ma w rodzinie Krukonkę.
    - Krukonkę, która przyjaźni się z mugolakiem i dziewczyną o niejasnym pochodzeniu - prychnął. - Nie mam na was czasu, Komnata Tajemnic czeka na małą Ginny.
    Sophie wyciągnęła różdżkę i wycelowała nią w Toma, wiedząc, że właśnie popełnia największą głupotę w swoim jedenastoletnim życiu. Jedynym pocieszeniem było to, że Amelia pod wpływem adrenaliny zrobiła to samo.
    - Nigdzie nie zabierzesz Ginny! - krzyknęła Sophie. - Weasley, opamiętaj się, on jest obłąkany! 
    - Ja? - zdziwił się. - Przecież to mała Ginny otworzyła Komnatę, to ona napuściła potwora na biednego Colina i resztę szlam. To ona zabijała koguty i w Noc Duchów przyozdobiła ścianę tym stylowym napisem. Ja tylko siedziałem w dzienniku - zakończył niewinnie.
    Wyciągnął z kieszeni Ginny różdżkę i zaczął się nią bawić, zupełnie nie przejmując się dziewczynkami. Sophie zacisnęła palce na różdżce, zastanawiając się, co zrobić. Miała nadzieję, że zjawi się tutaj jakiś nauczyciel i powstrzyma Toma i Ginny, ale nie wiedzieć czemu żaden się nie pojawiał, chociaż było to miejsce pierwszego ataku! Jakby Riddle zaczarował to miejsce tak, by nikt tutaj nie mógł przyjść. A skoro działała magia, pozbawienie go różdżki, przerwałoby zaklęcie! Niewiele myśląc, zacisnęła palce na swojej jedynej broni, powtarzając w myślach słowa jedynego przydatnego w walce zaklęcia, którego się nauczyła.
    - Expelliarmus! - wrzasnęła. 
    Oczywiście nic się nie stało. Tom bez większego problemu uchylił się z toru lotu zaklęcia, które trafiło w ścianę, nie robiąc jej większej krzywdy.
    - Naprawdę, Sophie, myślałaś nad tym chyba przez dwie minuty, nawet słaby legilimenta by cię przejrzał - powiedział W jego głosie pierwszy raz było słychać coś więcej niż znudzenie - było to zdenerwowanie. - Podnosić różdżkę na mnie - prychnął. - Żałosne. Wielu za taką zuchwałość zginęłoby od razu. Przeszkadzacie mi już za długo, nawet ta durna dziewczyna próbuje się wyrwać spod opętania - jego irytacja wciąż wzrastała.
    - Może nie jesteś taki silny, jak myślisz - wyrwało się Amelii.
    Wycelował w nie różdżką. Sophie chciała się cofnąć, ale nie mogła zrobić nawet kroku, tak bardzo była przerażona. Już w czasie rozmawiania przez dziennik wiedziała, że ten chłopak jest potężny i ma ogromną wiedzę, nie tylko tą, której można się było nauczyć w szkole nie korzystając z Działu Ksiąg Zakazanych.
    - Twoi krewni mieli inny punkt widzenia, płaszcząc się przede mną.
    Amelia zamarła. Sophie poczuła, jak przyjaciółka zaciska palce na jej przedramieniu zdecydowanie zbyt mocno.
    - Ty jesteś... - wyjąkała zduszonym głosem.
    Lord Voldemort, dokończyła w myślach Sophie. Fakt stania przed najpotężniejszym czarnoksiężnikiem dwudziestego wieku przeraziłby ją, gdyby nie fakt, że była już na wyżynach przerażenia. Pozostało jej tylko wpatrywanie się w twarz przystojnego szesnastolatka z myślą, że kilka lat później stał się okrutnym mordercą.
    Tom zaklaskał kilka razy, śmiejąc się drwiąco.
    - Brawo, po podobno bystrych Krukonkach spodziewałem się olśnienia znacznie wcześniej. Cóż, ona nadal tego nie odkryła - wskazał głową na nieobecną umysłem Ginny. - Ale wystarczy tej rozmowy,
    Błysnęło fioletowe światło. Sophie wpatrywała się w promień zaklęcia, nie mogąc ruszyć żadną częścią ciała. W oddali majaczyła obojętna twarz Toma oraz blada postać Ginny. Siły zaklęcia była tak duża, że Sophie poczuła, jak jej nogi odrywają się od ziemi. Ostatnie, co zdążyła zarejestrować przed uderzeniem głową o posadzkę był ogromny ból całego ciała i czerwień zalewająca jej oczy. Potem była tylko ciemność.
~*~

Dam, dam, dam, finał części pierwszej! Wena mnie dopadła i nagle trudny do napisania rozdział stał się łatwiutki ^^ I na dodatek w terminie ^_^ A co najważniejsze nie miałam problemu z dwoma tysiącami słów ;)
Ferie mi służą xD

NMBZW!

sobota, 11 lutego 2017

20 - Cisza przed burzą



Miesiące w Hogwarcie mijały wyjątkowo szybko. Wraz z coraz dłuższymi dniami i piękną, zieloną wiosną, wszyscy zaczęli powoli zapominać o szale związanym z Komnatą Tajemnic, coraz bardziej skupiając się na nadchodzących w czerwcu egzaminach. Piąto- i siódmoklasiści już teraz widywani byli głównie w bibliotece, siedząc nad grubymi książkami i stosami zadań domowych. Ale nie tylko oni zaczynali się już przygotowywać. W Ravenclawie wszyscy chcieli zdać testy, jak najlepiej, więc już na początku kwietnia, na tablicy ogłoszeń w Pokoju Wspólnym pojawiły się porady, co do planu nauki, a także pokonywania narastającego stresu. Sophie i Amelia również wpadły w szał, który ogarnął dom, przygotowując kolejne notatki i powtórzenia, nie zwracając przy okazji uwagi na Danny'ego Malborne'a, który przekonywał je, że w pierwszej klasie egzaminy są banalne i nie powinny się tym aż tak przejmować. Jego wiarygodność znacznie podważał fakt, że on nie zaczął się jeszcze uczyć, mimo nadchodzących wielkimi krokami Owutemów, które w tym toku zdawał. 
- Kwiecień się dopiero zaczął, mamy ponad dwa miesiące - powiedział, kiedy pewnego słonecznego dnia dołączył wraz z towarzyszącą mu Ślizgonką do siedzących nad brzegiem jeziora Sophie i jej przyjaciół.
- A potem będziesz mi jęczał jak zawsze, że mamy tak dużo nauki - dogryzła mu siedemnastolatka.
- Kiedy niby narzekałem, Fawley?
- Co roku, Malborne.
- Nie przypominam sobie - prychnął.
- Typowy Gryfon - jęknęła Merisse. - Nawet nie myśl, że potem będę ci pomagać.
- Jakbyś kiedykolwiek mi pomogła...
Z Merisse Fawley Sophie rozmawiała wcześniej tylko kilka razy, kiedy Danny przychodził porozmawiać z Alfredem. Z początku nie wiedziała nawet dlaczego tych dwóch siódmoklasistów tak chętnie z nimi przebywa, le potem zauważyła relacje między Danielem, a Alfredem. Starszy Gryfon wydawał się opiekować młodszym kolegą. To on zresztą wypchnął go z jego chwilowego załamania przydziałem do Gryffindoru i wyraźnej niechęci do kontaktów z kolegami mugolskiego pochodzenia. Sophie nigdy tego nie powiedziała, ale naprawdę była mu za to wdzięczna. Al z początku roku i ten z teraz to były dwie, zupełnie inne osoby i Sophie nie sądziła, by wolała tamtego Alfreda Waltera.
Sophe nie wiedziała, jakie właściwie relacje łączą tę dwójkę, ale byli niewątpliwie ewenementem. Niewielu Gryfonów w ogóle rozmawiało normalnie ze Ślizgonami, a o takich, którzy się zwyczajnie przyjaźnili powstały nawet legendy. Tych dwoje było dość specyficzną parą. Czuć było między nimi chemię, ale jeszcze nigdy nie widziała, by okazywali sobie jakiekolwiek większe uczucia, które mogłyby poświadczyć, że nie są tylko zwykłymi przyjaciółmi.
- A tak w ogóle, co chcecie robić po Hogwarcie? - zapytał Al.
- Idę studiować numerologię - odparł Daniel.
- Ty? - zdziwił się Matt.
- Czy to serio takie dziwne? - westchnął. - Za każdym razem, kiedy o tym mówię, wszyscy patrzą się na mnie jakbym zwariował... Miałem z tego wybitny na SUMach!
- Po prostu nie pasujesz do tej roli - wytłumaczyła
- Nadaję się idealnie - obruszył się chłopak. - Nazywasz się Amelia Avery? - zwrócił się nagle do Amy. - To będzie... ósemka. Ósemki to ludzie praktyczni, zdeterminowani, oddani, dobrze radzący sobie w nauce. Jesteś Krukonką, idealnie pasuje.
- Wróżbiarstwo? - zdziwiła się Amy.
- Nie! - obruszył się. - Wróżbiarstwo to niszowa sztuka. Tam potrzebujesz prawdziwych, wrodzonych umiejętności, których nie ma prawie nikt. Numerologia opiera się na logice, liczbach i prawdziwej magii. Dla większości wróżbiarstwo to zwykłe zgadywanki. W tej szkole ten przedmiot i tak nie ma sensu z nauczycielką, jaką jest Trelawney... Numerologia to nie tylko wyliczanie prawdopodobieństwa, ale też statystyka, a w zaawansowanej formie nawet tworzenie zaklęć - rozmarzył się. - Dlatego pod koniec drugiej klasy powinnyście wybrać numerologię.
- Jak dla mnie, najlepsza jest opieka nad magicznymi zwierzętami. Profesor Kettleburn jest świetny. Co prawda stary i dość mało energiczny, ale naprawdę wie, co robi.
- Od kilku lat grozi, że przejdzie na emeryturę, więc nie sądzę, żeby się na niego załapali.
- Kiedy moja kuzynka chodziła do szkoły, mówił tak samo i do tej pory tego nie zrobił. Prędzej uwierzę, że pójdzie w ślady Binnsa, niż na emeryturę.
- Ale wy wiecie, że dopiero za rok będziemy się nad tym zastanawiać? - zapytał Alfred.
- Ale za rok nie będziemy mogli wam doradzić - powiedziała Merisse. - A przynajmniej ja. Ten debil pewnie nie zda przez swoje podejście do egzaminów.
Daniel prychnął i ostentacyjnie odwrócił się do przyjaciółki plecami.
- Ja wybiorę na pewno starożytne runy - powiedziała Sophie. To właściwie jedyny dodatkowy przedmiot, który biorą pod uwagę w Świętym Mungu albo na studiach medycznych.
- To mój drugi przedmiot! - ucieszyła się Merisse. - Też chcę zostać magomedykiem. Dziwnie pomyśleć, że będziesz miała praktyki dopiero wtedy, kiedy ja zostanę już pełnoprawnym uzdrowicielem.
- Będziesz mogła mnie poprowadzić - ucieszyła się dziewczynka.
Czuła, że jest w stanie załapać naprawdę dobry kontakt z Merisse. Przypomniał jej się Tom i ich rozmowy na temat Ślizgonów. Miał rację, nie wszyscy byli źli, wystarczyło po prostu porozmawiać z nimi bez uprzedzeń.

Dziesiąty kwietnia przyszedł szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał. I choć dla innych był to zwykły dzień podczas wyczekiwanej przerwy wiosennej, dla Sophie miał szczególne znaczenie. Już od samego rana czuła się pełna radości i lekkości, co tylko wzmogła Amelia, przytulając ją mocno i życząc wszystkiego najlepszego. Sama Amy urodziny miała mieć dopiero za miesiąc, więc tylko ona z ich czteroosobowej grupy pozostawała jedenastolatką. Chłopcy swoje święto obchodzili już na przełomie starego i nowego roku.
Podczas śniadania, kiedy nadleciała sowia poczta, Sophie od razu wypatrzyła w tłumie podobnych ptaków, swoją Cliodne. Albo to własnie sówka ją wypatrzyła, wwiercając swoje krępujące spojrzenie w plecy właścicielki.
Wylądowała dumnie na stole, odkładając nań średniej wielkości, opakowany w papier prezentowy, pakunek. Cliodne zanurzyła dzióbek w pucharze z herbatą, po czym odleciała, szczypiąc Sophie przyjaźnie w palec.
Dziewczynka rozpoznała po stylu pisma, że to prezent od rodziców. Rozerwała papier i uśmiechnęła się szeroko, widząc podarunek. Babeczki jej mamy cieszyły się ogromną popularnością nie tylko w domu, ale także w Mungu , gdzie pracowała jako uzdrowicielka.
Oprócz wypieków i listu, który zamierzała przeczytać w nieco cichszym miejscu niż Wielka Sala, było również niewielkie pudełeczko z jednego ze znanych sklepów jubilerskich na Pokątnej, a w nim bardzo modne ostatnimi czasy kolczyki w kształcie złotych zniczy. Przez chwilę była przerażona tym, że jest to oryginalna i ewidentnie zbyt droga biżuteria, ale Amelia skutecznie stłumiła jej niepewność, każąc jej założyć kolczyki. Nie protestowała zbyt długo, bo były naprawdę śliczny, a fakt, że były od rodziców, nie od kogoś jej dalszego, stłumił jej skromność.
- Poprosiłam mamę o te z pająkami na urodziny, podobno srebro o wiele bardziej do mnie pasuje. Według mamy i tak jestem zbyt ognista przez moje włosy.
Sophie zgodziła się wesoło z jej wyborem. Sama, gdyby miała kupić jej taki prezent, wybrałaby pająki.
Po śniadaniu, Amelia wyciągnęła Sophie na błonia, gdzie mieli spotkać się z Mattem i Alfredem i skromnie świętować urodziny.
Chłopcy przytulili ją i złożyli życzenia, po czym cała trójka odśpiewała "sto lat". Dziewczynka czuła, że oblewa się ogromnym rumieńcem. Każdy pewnie czuł się dziwnie w takiej sytuacji i nie wiedział, co ze sobą zrobić. Na szczęście piosenka należała do bardzo krótkich i skończyła się, ledwo się zaczęła.
Al wyciągnął zza drzewa sporego, białego pluszowego misia polarnego z dużą, czerwoną kokardą.
I chociaż, jak wiele dziewczyn w jej wieku, Sophie starała się zachowywać nad wyraz dorośle, co w praktyce wychodziło takim wyjątkom, jak Alfred i Amelia, dziewczynka nie mogła powstrzymać czystego zachwytu. Przytuliła zabawkę, zachwycając się jej miękkością i słodkością.
Uściskała wszystkich mocno, uszczęśliwiona prezentem. Widząc nieznane jej znaczki na metce, które jednie trochę przypominały normalne litery, wiedziała kto dokładnie wybierał dla niej prezent i gdzie. Uśmiechnęła się do Matta, który mrugnął rozumiejąc najwyraźniej jej intencje.
Do południa objadali się słodyczami przesłanymi przez mamę Ala. Kobieta, kiedy tylko się dowiedziała, że bratowa przynajmniej raz w tygodniu wysyła swojemu synowi paczkę słodyczy stwierdziła, że nie może być gorsza od Narcyzy Malfoy i zaczęła to samo robić dla swoich synów, co bynajmniej nie wywoływało ich niezadowolenia.
- Nie rozumiem czemu wasi rodzice tak strasznie ze sobą konkurują - powiedziała Sophie.- We wszystkim się prześcigacie.
- Znasz to przysłowie "przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej"? - zapytał Al. Widząc, że Sophie kiwa głową, kontynuował. - Rodzinę musi być jeszcze bliżej, Dbanie o siebie i stanie za sobą obowiązuje właściwie tylko w najbliższym ci rodzie, więc to mojej mamy i cioci Narcyzy to tylko przekomarzanie się, jesteśmy po tej samej stronie. Taka jakby koalicja Malfoy - Walter - Lestrange - Black. To ród, a ta dalsza rodzina jest właśnie od trzymania blisko, jak wrogów. Nasi rodzice zapraszają siebie na te wszystkie nudne bale, podwieczorki i głupie spotkania, żeby wiedzieć o sobie wszystko, obserwować każdą, choćby najmniejszą wpadkę.
- Cała arystokracja się tak zachowuje. Pytałaś się mnie już o grę - to jedna z jej zasad.
- To okropne! - nie mogła powstrzymać okrzyku.
Oczywiście, nie przepadała za swoją ciotką i jej rozpieszczonymi, wkurzającymi dziećmi, ale to mimo wszystko była rodzina. Za to oni traktowali ród za coś mniejszego i bardziej ścisłego niż rodzina, co było dla Sophie kompletnie nielogiczne. Ona nawet nie znała tak naprawdę kogoś dalszego niż owa córka siostry babci, którą nazywała właśnie ciocią. Rodzina taty stanowiła dla niej kompletną zagadkę. Wiedziała, że są czystej krwi i nie utrzymują kontaktów, a pan O'Connor uważał, że nic więcej nie musi wiedzieć, bo to właściwie obcy ludzie.
- To nienormalne - stwierdził Matt, po prostu. - Po co to wszystko?
- Jak nie wiesz o co chodzi, to chodzi o pieniądze - powiedziała Sophie jedną z ulubionych myśli taty. W wielu zbrodniach, do których dopuścili się ludzie przeciw którym występował albo których bronił jako adwokat, właśnie pieniądze były często przyczyną całego zajścia. Chociaż mama była bardzo temu przeciwna, Sophie chętnie siadała obok taty i słuchała jego opowieści z pracy. Oczywiście nie zdradzał tak wiele, jakby ona chciała, bo obowiązywała go tajemnica, ale wyciągnęła od niego i tak bardzo wiele ciekawych historii. Były ciekawe, ale z jeszcze większą ciekawością słuchała o pracy mamy. Szczędziła jej ona opowieści o poważnych przypadkach i rozmawiała z nią raczej o tych śmiesznych, ale wystarczyło to, by pobudzić pasję Sophie do magomedycyny. Od małego chciała zostać uzdrowicielem, tak jak mama i pomagać chorym ludziom.
- Lepiej tego nie mogłaś podsumować - roześmiała się Amy. - Oczywiście jeszcze o władzę, bycie głową rodu to jedno, ale mieć poważanie wśród innych i możliwość kierowania nimi to drugie. A tego wszyscy pragną.
Odwołując te słowa do świata mugoli, który był jej mimo wszystko nieco bliższy, zrozumiała pewne mechanizmy tej tak zwanej "gry". Czy politycy nie zachowywali się podobnie, zawierając kolejne kontakty i przyjaźnie z ważnymi ludźmi, byle zdobyć więcej poparcia i w efekcie władzy? Nadal jednak nie mogła pojąć dlaczego coś takiego funkcjonuje w rodzinie. Może i nie najbliższej, ale mimo wszystko rodzinie.

Resztę przerwy świątecznej Sophie chciała spędzić na nauce, ale chłopcy skutecznie jej na to nie pozwalali wymyślając coraz to nowe formy spędzania tej niezwykle ciepłej Wielkanocy. Matt przekonał ich nawet raz od zagrania w piłkę nożną. Oczywiście najpierw razem z Sophie nieźle się namęczył na objaśnianiu zasad dwójce przyjaciół.
- Trzeba po prostu wbić piłkę do bramki. Nie wolno jej łapać w ręce, tylko bramkarz może - tłumaczył cierpliwie. Jeżeli piłka poleci za bramkę, to leci po nią bramkarz i rzuca. Nie narysujemy prawdziwego pola, więc nie tłumaczę, czym są auty, rożne i tak dalej.
Na szczęście Amy i AL szybko ogarnęli, nie tak trudną, ideę biegania przez kilkadziesiąt minut po błoniach za piłką. Co więcej, przyłączyło się do nich kilkanaście innych osób, które miały do czynienia z tym sportem i w końcu wyszło na to, że grali na dwie pełnoprawne drużyny. Kiedy zobaczył ich profesor Dumbledore, który zdecydował się wybrać na spacer, był tak zachwycony, że każdemu dał po pięć punktów za powód podając nieprawdopodobną integrację wszystkich domów. Czterech, bowiem dołączyły do nich dwie osoby ze Slytherinu - Sebastian Macnair i Merisse Fawley, która z początku niechętna, znudziła się patrzeniem na Daniela, który najwyraźniej świetnie się bawił.
Piłka nożna zapewne nie miała szans prześcignąć popularności Quidditcha w Hogwarcie, ale miała sporo fanów, którzy z zachwytem powitali możliwość zagrania. Prawdopodobnie na całą szkołę tylko Matt pomyślał, żeby wziąć ze sobą piłkę. Nie dziwiła mu się nawet, opowiadał, że przed pójściem do Hogwartu był w szkolnej drużynie, więc pewnie wziął piłkę z sentymentu. Dean Thomas prawie przytulił młodszego kolegę za tę wspaniałomyślność.
Jakie było jej zdziwienie, kiedy po feriach wiosennych piłka nożna na błoniach Hogwartu stała się częstym widokiem. Współczuła jednak biednym sowom, które przez cały kraj musiały dźwigać ciężkie futbolówki.

~*~
Już tłumaczę tę kolejną przerwę - w czwartek zachorowałam i to tak serio. Trzymało mnie do środy, ale pod koniec byłam w stanie już pisać, pierwsze dni to była masakra, zapomniałam już co to choroba, a piątek i weekend przypomniały mi o tym bardzo boleśnie.
I... tak! Stuknęło ponad 2000!

niedziela, 29 stycznia 2017

19 - Gorzka Gra




Lekcje z profesorem Binnsem, jak zwykle wyglądały tak samo. Mało kto był w stanie się skupić, gdyż flegmatyczny, monotonny głos profesora wszystkim uświadamiał, jak bardzo są zmęczeni. Duch nie zwracał uwagi na to, że uczniowie leżą na ławce, tylko wciąż prowadził wykład o stowarzyszeniach czarodziejów IX wieku. 
- Dziennik - powiedziała nagle Amelia, całkowicie wyrywając Sophie ze stanu półsnu.
To jedno słowo wbiła ją po prostu w ziemię. Amy mogła mieć na myśli każdy dziennik, ale Krukonka pomyślała od razu o tym jednym, który od jakiegoś czasu zaprzątał jej myśli.
- Jaki dziennik? - zapytała w końcu z nadzieją, że nie słychać w jej głosie niepokoju.
Amelia spojrzała na przyjaciółkę nieprzytomnie, jakby nie do końca świadoma tego, co powiedziała.
- Czarny... Zginął i się odnalazł - wyznała niejasno. - Jaki dziennik? - powtórzyła jeszcze mniej
przytomnie.
Sophie złapała dziewczynę za rękę widząc, że ta jest niezdrowo blada. Wyglądała, jakby miała za chwilę zemdleć
- Chcesz iść do Skrzydła Szpitalnego
Przestraszyła się, Amy nigdy nie zachowywała się tak dziwnie, właściwie nigdy nie odbiegała od swojej arystokratycznej normalności. To było coś niespotykanego, nie w jej stylu.
- Jaki dziennik... - powtórzyła znów, tym razem o wiele ciszej. - Sama nie wiem, Soph. Przepraszam... nie wiem, co mi odbiło. Zostawmy to.
Położyła głowę na rękach, jak większość osób w klasie, wyraźnie kończąc tę rozmowę. Sophie jednak nie potrafiła po prostu tego zostawić. To było tak niezrozumiałe, że do końca lekcji myślała jedynie o tym.
Amelia nie poruszyła później tematu wydarzenia z historii magii, a Sophie sama nie miała ochoty drążyć tematu. Zdecydowała, że lepiej o tym zapomnieć. Wiedziała tylko o jednym zaginionym dzienniku, o którym nigdy nie powiedziała Amelii i nie miała zamiaru tego kiedykolwiek robić. Bała się przyznać do rozmowy z kimś tak podejrzanym, jak Tom, szczególnie, że biło od niego czarną magią.

- Soph - zaczęła Amelia, kiedy szły korytarzem na pierwszym piętrze, zmierzając do Wielkiej Sali na obiad - miałyśmy o tym nie rozmawiać, ale od jakiegoś czasu męczy mnie ten dziennik.
- Jaki dziennik? - zapytała, siląc się na obojętny ton.
- Czarny - odparła niejasno. - Nie potrafię tego po prostu...
Dziewczyna pisnęła sekundę po wdepnięciu w głęboką kałużę obejmującą całą szerokość korytarza. Oczywiście, trafiły dokładnie pod łazienkę Marty, chociaż Sophie zdawało się, że ze schodów zeszły kilkanaście metrów za nawiedzoną toaletą, nie przed nią. Westchnęła, Hogwart uwielbiał robić uczniom psikusy.
- Mam całe mokre buty - jęknęła Amy. - Dlaczego Marta zawsze musi zalewać łazienkę akurat jak my tędy przechodzimy...
- Wyschną - pocieszyła ją Sophie.
- Jasne - prychnęła. - A ja się przeziębię, jest tak zimno, że aż dziwne, że ta woda jeszcze nie zamieniła się w ślizgawkę...
Nagle przez drzwi z płaczem przeniknęła srebrzysta zjawa, którą oczywiście była zawodząca Jęcząca Marta.
- Dzień dobry, Marto - przywitała ją Sophie.
Dziewczyna wbiła w nią rozżalone spojrzenie.
- Nawet po śmierci muszą się nade mną znęcać - jęknęła, po czym z głośnym płaczem zanurkowała w podłogę.
Dziewczynki spojrzały się na siebie zaskoczone.
- Kto ma tak nudne życie, że szuka wrażeń w Martą? - zapytała Amy.

- Już po was!
Następnego dnia w drodze na śniadanie w Wielkiej Sali powitał je niezbyt przyjemny, cyniczny głos Ślizgonki z ich roku - Samary Adams.
Sophie nie znała jej zbyt dobrze, a to, co zdążyła zobaczyć lub usłyszeć ułożyło w jej głowie niezbyt przyjemny obraz jej, jak i najlepszej przyjaciółki Ślizgonki, Nicole Darvy.
- Mówiłaś coś, Adams? - zapytała Amelia. - Jeszcze zanim odpowiesz, wyrażę nadzieję, że jednak nie zaczynałaś rozmowy. Zjedzenie śniadania jest ciekawsze niż konwersacja z tobą.
Sophie roześmiała się cicho.
- Nie wysilaj się, Avery. I tak nie będziesz zabawna - zakpiła Nicole.
- W twojej obecności nawet najlepsza komedia przestaje być śmieszna i człowiek ma ochotę jedynie płakać nad tym, jak bardzo nieszczęśliwe było spotkanie ciebie - odparła. - I chyba chciałaś powiedzieć, że już po was - podkreśliła ostatnie słowo. - Nie wyjdziecie nawet z boiska, bo nasza drużyna wbije was w ziemię.
Ta rozmowa na coś się jednak przydała, przypominając, że czas mija nieubłaganie, coraz bardziej zbliżając ich do meczu o wszystko ze Slytherinem. Jeśli Ravenclaw go wygra, zagra w finale z Gryffindorem, a jak nie, wyląduje na trzecim miejscu w tabeli, wyprzedzając Hufflepuff jedynie o kilkadziesiąt punktów. I chociaż Sophie z całego serca kibicowała domowej reprezentacji, widząc wiele razy grę Slytherinu, stojącą na krawędzi zasad, miała coraz większe wątpliwości, czy nawet jeśli wygrają, chociaż połowa drużyny opuści boisko bez uszczerbków na zdrowiu.

Jak przewidywała, mecz od pierwszych minut był przepełniony brutalnością, nie tylko ze strony Ślizgonów, ale także Krukonów. To naprawdę była gra o każdy punkt. Zielone i granatowe smugi przecinały boisko, unikając pędzących tłuczków i walcząc o kafel. Drużyny szły łeb w łeb, kafel co chwila przelatywał przez barierki, zbliżając obie drużyny do przekroczenia granicy stu punktów.
Znicz jak na razie nawet nie błysnął, więc szukający nie mieli tak naprawdę wiele do roboty oprócz sporadycznego unikania pędzących tłuczków,
- Davies, Pond i Stretton dzisiaj dają sobie z siebie wszystko, ale jak widać, Ślizgoni na swoich nowych miotłach mają ułatwione zadanie - rozbrzmiał głos Lee Jordana. - Sto do dziewięćdziesięciu dla Ravenclawu! Clara ma dzisiaj zdecydowanie swój dzień! Najwidoczniej szybkie miotły to nie wszystko!
- Panie Jordan, proszę o obiektywizm - w głosie profesor McGonagall nie było jednak nagany, której można się było spodziewać.
- Kolejna! - pisnęła Sophie, kiedy kapitan w popisowym stylu uniknął tłuczka i jeszcze przerzucił kafla przez obręcze zgrabnie dezorientując obrońcę.
Nie minęło nawet pięć minut, kiedy Ślizgoni wyrównali wynik po dwóch szybkich bramkach Adama Waltera. W stronę Ślizgona od razu poleciał tłuczek, skierowany w jego stronę przez jednego z pałkarzy. Chłopak uniknął piłki, która od razu została przechwycona przez Marcusa Avery'ego.
Sophie pisnęła, kiedy Stretton ledwo utrzymał się na miotle, kiedy tłuczek uderzył go w ramię. Miała wrażenie, że trzask łamanej kości słyszała na trybunach, chociaż było to całkowicie niemożliwe. Ścigający Ravenclawu wydawał się nie czuć bólu, bo od razu wrócił do gry.
- Marcus mi powiedział – Amelia ledwo przekrzyczała się przez gwar – że przed meczem wiele osób bierze eliksiry znieczulające, bo nie chcą osłabiać drużyny.
- Znicz! W końcu pojawił się znicz! - wrzasnął Lee Jordan. - Chang i Malfoy lecą łeb w łeb!
Z nadbiaru emocji, Sophie wręcz skakała na trybunach, głośno dopingując trzecioklasistkę.
I właśnie wtedy można było zobaczyć prawdziwą przewagę Nimbusów 2001. Draco, chociaż mający mniej umiejętności od Cho, zaczął ją wyprzedzać, aż w końcu zacisnął palce na szamoczącym i wyrywającym się złotym zniczu.
Ślizgoni ryknęli ze szczęścia, na ich trybunach zapanowała przeogromna radość.
- Slytherin wygrywa dwieście sześćdziesiąt do stu – powiedział niechętnie komentator. - W finale rozgrywek Gryffindor ich rozgromi!
Sophie uśmiechnęła się przez łzy. Miała niewyobrażalną ochotę na zobaczenie, jak Gryfoni ucierają Ślizgonom nosa.


~*~
Dobra, męczyłam ten rozdział dwa tygodnie... Nigdy więcej...